Tak się niefortunnie składa, że instruktorzy harcerscy są "nierównomiernie rozmieszczeni", na jednym terenie jest ich w nadmiarze, a na innym brak. W takiej sytuacji, aby ośrodek harcerski istniał, to ktoś musi pokonywać odległości.
Zgłosiłam się do pracy w Union City, żeby zająć się gromadką zuchów i żeby pomóc koleżance.
W praniu okazało się, że odległość to wcale nie największy problem, o wiele trudniejsze było złapanie kontaktu z dziećmi. Nie znałam tych dzieci prywatnie, ze spotkań towarzyskich czy z coniedzielnej mszy, mało o nich wiedziałam, a ich rodzice mylili mi się przez przeszło dwa lata.
Trzeba się było koncentrować na przeprowadzaniu programu, na zabawie, bajkach w harcówce, budowaniu wozu Drzymały, sianiu trawki dla Jezuska, czy braniu zuchów do "niewoli" tzn. wiązaniu ich sznurkiem w pęczki, żeby chociaż trochę zrozumiały co to były te rozbiory.
No i nie wiadomo, kiedy z "okruszków" wyrosły bardzo mądre dziewczynki i przeszły do harcerek. Aż miło popatrzeć jak przez ten czas wydoroślały, ile się nauczyły i jak dużo potrafią zrobić dla innych.