Wrześniowy Festiwal i koncert zespołu LOMBARD
O palmach, barankach i zajączku
Porucznik Francis Jan Jasiński
Niedziela 27 lutego 2011 roku, Martinez, Kalifornia
Polska Wigilia na krańcach świata
Pierwsza zbiórka. Ostatnia zbiórka.
Piątkowy wieczór najlepiej spędzić w ... Paryżu
Dlaczego chcę być już dziadkiem
Koniec długiej drogi i jeszcze jeden początek
Claude Monet i nie tylko (a nawet dużo więcej)
Spływ pontonowy 2010 - Magda Gosciscka
Spotkanie z lordem Boden Powellem
Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej
O kapryśnej pogodzie i przylatującym księdzu
Biało–czerwona nad San Francisco
Sobota 27 marca 2010 roku, godzina 12:32 po południu
Dwie i pół godziny z hakiem ...
35 rocznica powstania polskiej unii kredytowej Polam
"poezja to mówiące malarstwo, a malarstwo - milcząca poezja"
35-lecie harcerstwa przy Szkole Języka Polskiego imienia Jana Pawła II w północnej Kalifornii.

![]() ![]() ![]() ![]() |
Odwiedzając kilka razy w roku nasze dorosłe już dzieci mieszkające w przepięknym kalifornijskim mieście San Diego, niemal tardycją stało się żegnanie dnia oglądając zachód słońca. Nie wiem ile razy bym tego nie robił, zawsze jest to moment zatykający dech w piersiach. Tak stało się i podczas naszych ostatnich odwiedzin, tradycyjnego "labor weekend" przypadającego na początek września 2010 roku. Ten sam Pacyfik, znajome pelikany nurkujące po ryby oraz pluskające opodal w wodzie delfiny i niby to samo słońce, ale... Jest to obraz, który mimo, że można oglądać zależnie od mgły lub chmur – niemal każdego dnia, jest na swój sposób niepowtarzalny. Na kilkanaście minut przed zachodem słońce schodzi tuż nad powierzchnię wody, zatrzymuje się, przygląda, zastanawia nad minionym dniem, i potem nagle zaczyna się w niej kąpać. Najpierw troszeczkę, później ośmielone – coraz bardziej, by w ciągu kilku minut zakończyć tę baśniową uroczystość i schować się za horyzontem lub w głębinach. Nie wiem co wyobrażał sobie Pan Mikołaj, ale z pewnością to słońce właśnie zanurza się w oceanie, a nie odwrotnie. Wywody naukowe, wywodami, ale ja widziałem to kilkakrotnie na własne oczy!
Samo terytorium San Diego, drugiego co do wielkości miasta w Kalifornii, zamieszkałe było od ponad dziesięciu tysięcy lat przez indiańskie plemię Kumeyaay. W 1542 roku odkryte przez portugalskiego podróżnika Juana Cabrillo przechodziło z rąk do rąk, aby stać się częścią Kalifornii. Podejrzewam, że tak jak wtedy tak i dzisiaj robi wrażenie, zarówno na tubylcach jak i na odwiedzających je. Kwitnie młodością; a to chyba dzięki dużej ilości znajdujących się tam uniwersytetów. Nie znaczy to wcale, że dla bardziej dojrzałych nie ma tu miejsca. Jest dla wszytskich. Plaże wypełniają szukający słońca. Temperatura co zadziwiające niewiele zmienia się niezależnie od pory roku. Będąc tam kilka razy w różnych miesiącach, napotykaliśmy ten sam niezmienny klimat.
Każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Jest polski kościół, przepiękny park Balboa, a w nim pośród innych domków – "House of Poland", ogród "Sea Word", nadbrzeżny bulwar, port yachtowy i lotnisko w samym środku miasta. Są też i te niezapomniane zachody słońca.
"O teoriach ruchu ciał niebieskich" księdza Mikołaja Kopernika jak to czasem z teoriami bywa, tak i tam przy okazji oglądania zachodu słońca – można w zupełności zapomnieć. Słońce powoli, majestatycznie wchodzi do oceanu i te z nim kilkuminutowe spotkania zapamiętuje się aż do następnego razu.
Ryszard Urbaniak
6 września 2010 roku