
 |
Z panią Zofią Machnowską umawialiśmy się na wspólne spotkanie już od wielu miesięcy przekładaliśmy kolejne terminy, ustalaliśmy następne. Poznałem ją podczas którejś z uroczystości patriotycznych; ja w harcerskim ona w kombatanckim stroju. W piątek 18 czerwca 2010 roku, jechałem w końcu do położonej na północ od San Francisco miejscowości, San Rafael na spotkanie z tą urodzoną w 1920 roku warszawianką, podporucznikiem AK o pseudonimach "Marta" i "Zula". Pani Zula – bo tak wszyscy przyjaciele na nią mówią – z domu Wiśniewska, była studentką przedwojennej Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie gdzie studiowała malarstwo i scenografię. Od ponad dziesięciu lat mieszka na stałę w Kalifornii. Powojenne wiatry rzucały ją a to do Francji, a to Anglii, na Karaiby i aż do śmierci w 1990 roku, męża – Jana, byłego więźnia obozu w Oświęcimiu, malarza i architekta – do Wenezueli. Zawsze była związana z harcerstwem. Uczestniczka obrony Warszawy i Powstania Warszawskiego. Współpracowniczka Aleksandra Kamińskiego ps."Hubert", redaktora naczelnego "Biuletynu Informacyjnego" i szefa BIP (Biuro Informacji i Propagandy). Ze spotkania tego jednak nie wyniosłem garści informacji o kolejnym bohaterze, który nie może być zapomnianym. Choć tak rzeczywiście jest. Jej biografię można znaleźć w wielu miejscach, jej artystyczną duszę podpatrzyć można na stronie internetowej www.machnowski.com/zula. Jeżeli plany się zrealizują i znajdzie wydawcę gotowej swej biografii, przeczytać można będzie wspomnienia napisane jej własną ręką. Oglądałem brudnopis; jest gotowy.
Gdy podjeżdżałem pod kompleks położonych na wzgórzu budynków, hulał wiatr i zbyt niskie jak na Kalifonię o tej porze roku temperatury. Przycisnąłem skoroszyt do robienia notatek i zapukałem do drzwi. Otworzyła je uśmiechając się do mnie od progu. Wskazała miejsce na kanapie usiadła naprzeciw. Słuchałem o udzielanych obecnie przez nią lekcjach hiszpańskiego, o "Kuźnicy" – przedwojennym, akademickim starszoharcerstwie, o druhu Sabacie, Kamińskim, wyzwoleniu przez Rosjan i ucieczce na stronę amerykańską, powojennych, emigracyjnych losach. To właśnie w szpitalu, do którego po Powstaniu przenieśli ją wraz z rannymi powstańcami – Niemcy, z puszek po jedzeniu z Czerwonego Krzyża, zrobiła łódkę z blaszanym żaglem. Tak też nazwała swoją biografię – "żagle z blachy". Zarówno podczas Powstania, jak i wojennej tułaczki stworzyła 160 rysunków. Przedstawiała postacie tamtych dni. Chłopca łącznika, sanitariuszki, Kamińskiego, żołnierzy powstania. Nosiła je z sobą w plecaku. Poprzez wojeną tułaczkę. Przez cały świat. Przez całe życie. One otworzyły jej drogę do studiów w Paryżu i Londynie, których ze względów materialnych nie mogła kontynuować. Oglądałem w ciszy ich kopie. Patrzyłem na zapełnijące ściany akwarele, leżące wokół książki. Bóg obdarzył ją wspaniałą pamięcią, długim życiem. Stojąc w kolejnej jego fazie, zamiast cieszyć się tym co przeżyła, znowu musi walczyć; jak wtedy, tyle tylko że bez karabinu. Traci dom, pewnie wprowadzi się do syna mieszkającego w Michigan. Brakuje jej środków do życia. Zmuszona, chciałaby opróżnić zawartość plecaka. Potrzeba przetrwania zmusza ją do szukania muzeum, sponsora czy też fundacji, która chciała by odkupić jej skarb. 160 pożółkłych rysunków. Zaklętej historii.
Jeżeli ktoś przeczyta te słowa i zna takie pomocne miejsce, skontaktujcie się z nią. Ja ze swej strony mogę tylko puścić tę informację w świat.
A statek z żaglami z blachy zaginąl gdzieś w Wenezueli. Może odpłynął do swego przeznaczenia.
Ryszard Urbaniak