Wrześniowy Festiwal i koncert zespołu LOMBARD
O palmach, barankach i zajączku
Porucznik Francis Jan Jasiński
Niedziela 27 lutego 2011 roku, Martinez, Kalifornia
Polska Wigilia na krańcach świata
Pierwsza zbiórka. Ostatnia zbiórka.
Piątkowy wieczór najlepiej spędzić w ... Paryżu
Dlaczego chcę być już dziadkiem
Koniec długiej drogi i jeszcze jeden początek
Claude Monet i nie tylko (a nawet dużo więcej)
Spływ pontonowy 2010 - Magda Gosciscka
Spotkanie z lordem Boden Powellem
Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej
O kapryśnej pogodzie i przylatującym księdzu
Biało–czerwona nad San Francisco
Sobota 27 marca 2010 roku, godzina 12:32 po południu
Dwie i pół godziny z hakiem ...
35 rocznica powstania polskiej unii kredytowej Polam
"poezja to mówiące malarstwo, a malarstwo - milcząca poezja"
35-lecie harcerstwa przy Szkole Języka Polskiego imienia Jana Pawła II w północnej Kalifornii.
Koniec maja i przedłużony poniedziałkowym świętem weekend, to dla polskiego harcerstwa w Stanach Zjednoczonych, początek letniej przygody. Rozpoczyna się ona i na zachodnim wybrzeżu i w okolicach stanów Michigan oraz Illinois; jest takżu tu gdzie mieszkam – czyli w Kalifornii. Jeszcze tydzień przed rozpoczęciem kalifornijskiego biwaku nie było wiadomo, czy gdy przybędziemy do położonej na wysokości sześciu i pół tysiąca stóp nad poziomem morza, porzuconej w paśmie górskim pomiędzy Los Angeles i San Francisco – miejscowości Wrightwood, zastanie nas śnieg, deszcz czy też słoneczna pogoda. Wkrótce już o tym mieliśmy się przekonać. Najważniejsze jednak, iż stupięćdziesięcioosobową grupę łączył uśmiech i radość ze wspólnego spotkania. Komendantem całości był hm.Zbyszek Pisański na czele obozu żeńskiego stanęła hm.Renia Skwarużyńska, a męskiego phm.Patrycjusz Grobelny. Pośród ogromnej instruktorskiej grupy była oczywiście hm.Ania Pisańska i niezawodnie udzielająca I–Pomocy phm.Zosia Chciuk. Ja przyjechałem na miejsce około północy w piątek 28 maja 2010 roku; po mnie przybyło jeszcze kilkanaście osób. Zasnąwszy w domku zuchów – obudziłem się rano witany pięknie wynurzającym się zza wzgórza słońcem. Nie opuściło nas ono przez cały czas trwania biwaku, dzieląc się swym ciepłem i piękniejąc z dnia na dzień.
Kto był na harcerskim biwaku, wie co znaczy słowo – “pionierka". Z gałęzi i sznurka powstają łóżka, półki, tablice ogłoszeń i wszystko co tylko można wymyśleć. Gdy najstarsza młodzież zwana wędrownikami uprzątywała las, zaszyci w nim – harcerze, to nią właśnie byli zajęci. Las rozbrzmiewał znanym odgłosem wyszukiwanych pośród poszycia – gałęzi, nauką węzłów, śmiechem. Zuchy tymczasem oddane były zdobywaniu gwiazdek. Recytowały modlitwy, prawo zuchowe; z przejęciem i poczuciem ważności chwili. Pośród harcerskich zajęć i zuchowych zabaw, zadziwiająco szybko upłynęły kolejne dni. Jest w nich jakis niepowtarzalny czar, który trzeba przeżyć samemu. Są jednak chwile, które warte są podkreślenia. Proboszcz amerykańskiego kościoła z Oakland, znany nam jako ksiądz, harcmistrz Stanisław żak, kapelan harcerstwa na teren Stanów Zjednoczonych, po znalezieniu księży, którzy mogliby go zastąpić na parafii, przyleciał w tamte rejony samolotem, a następnie dojechał wypożyczonym samochodem, aby choć kilka godzin spędzić z nami. Pośród tego czasu wysłuchał spowiedzi, zjadł wspólny posiłek i odprawił Mszę Świętą, a poźniej wracał, do swych parafialnych obowiązków, polecając nam jak zwykle szlifować nasz śpiew. Przez wiele lat mego harcerskiego życia, nie raz już widziałem go, gdy choć na chwilę przybywał do nas, by potem wzywany do chorego, czy też innych obowiązków w pośpiechu opuszczał podobóz. Wspaniały ksiądz utożsamiający wszystko co tylko może być w tym powołaniu ujęte. Dziękujemy.
Niezapomnianymi chwilami są za każdym razem, wypowiadane przy ognisku słowa harcerskiego Przyrzeczenia. Położone na polskiej fladze dwa palce, dłoń na ramieniu starszego brata. Cisza. Takiej też chwili i to dla kilonaściorga dziewcząt i chłopców z północnej i południowej Kalifornii oraz Arizony – nie zabrakło i tym razem. Nie zabrakło także zdobywanych podczas harcerskich “biegów" kolejnych stopni, sprawności, wędrowniczych naramienników. Pośród przypominania historii Polski i harcerstwa, pośród zuchowych meczy piłki nożnej i instruktorskich odpraw – przemijał nasz kolejny biwak. Znowu przeżywaliśmy czas Solidarnościowych strajków, kartek na jedzenie posiłków złożonych z chleba i wody. Część z zuchów przeszła w harcerskie szeregi. Odważni chłopcy przechodzili przez ogień, aby wpaść tam w ręce czekającego na nich drużynowego, udowadniając w ten sposób swą gotowość. Nie spotkamy się tym razem na obozie. Wielu z nas wyjeżdża do Polski na VIII Światowy Zlot. Zlot 100–lecia ZHP. Przywieziemy stamtąd dużo wspomnień i harcerskich przyjaźni porozrzucanych po całym świecie.
Dziś dziękuje: Adamowi, Arturowi, Magdzie, Szymkowi, Kasi, Grażynie, Markowi, Agnieszce, Markowi, Jagodzie i wielu innym, że mogłem spędzić wraz z nimi ten niezapomniany, kolejny weekend.
Dziękuję w specjalny sposób phm.Adamowi Wardzie, w którego podobozie zuchów mogłem być przybocznym i który pozwalał mi “pilnować" kładących się wcześnie spać i wraz z nimi zasypiać o tej samej porze.
CZUWAJ!
Ryszard Urbaniak, hm
P.S. Tuż po napisaniu tego tekstu i wysłaniu go w świat, dostałem list od naszej kochanej druhny Basi Myszkowskiej. Rozumiejąc, że nie zawsze jestem w stanie napisać o wszystkich i wszystkim zrobiło mi się i tak “głupio", gdyż miała rację.
Zasyłam więc z pewnymi cięciami ten jej krótki opis jako uzupełnienie mojego.
“Drogi Druhu,
myślę, że nie jest fajnie czytać imiona tylko niektórych instruktorek i instruktorów. Wszyscy, każdy z nas z osobna, instruktorka czy instruktor, pracowaliśmy każdy jak tylko umiał najlepiej wkładając dużo sił i serca.
Na pewno Druh, nie zauważył, jak Druhna Ania Matyska z San Jose – poza wzorową opieką nad zuchami, w porze biegu po "gwiazdki", "od stacji do stacji", nosiła na własnych plecach zucha dziewczynkę, która miała skręconą nóżkę. Nie zauważyłeś też moich, zajęć spróbuję więc je opisać. W sobotę zaraz po śniadaniu odbyłam mini "test" z zuchem przygotowującym sie na bieg, po pierwszą gwiazdkę. Zaraz potem zajęłam się przygotowaniem na stacje "religijną" dla zuchów. Nie tylko wymagałam, ale przede wszystkim tłumaczyłam zuchom niezrozumiałe im słowa użyte w pieśni, w Modlitwie Pańskiej, w Składzie Apostolskim i innymi ważnymi sprawami związanymi z tą stacją. Prawda po południu nie brałam udziału w malowaniu koszulek; (po małym odpoczynku), zajęłam się przygotowaniem świeckiej oprawy Mszy Świętej. W porozumieniu z podoboźnymi, rozdałam młodzieży czytania Pisma Świętego oraz Psalm i Modlitwie wiernych. W niedzielę przed południem zuchy zdobywały sprawność "europejczyka". Nie byłam włączona do pomocy. Moje myśli pobiegły za harcerkami z Sacramento, które przygotowywałam do stopnia Ochotniczki. Po posiłku nudzącym się przed zajęciami zuchom urządziłam "apel na porządki na i pod łóżkami". Świetna pożyteczna zabawa. Resztę minut, które pozostały przed zbiórka, do zajęć popołudniowych , wykorzystałam na zuchowe pląsy i zabawę.
Wyliczam moją pracę, nie dla “gloryfikacji", lecz prawdy, że Wszyscy pracujemy jednakowo, z pełnym oddaniem. Nie warto wyliczać niektórych; jeżeli wyliczyć to całą kadrę udanego i tym razem biwaku..
Czuwaj ! Basia Myszkowska