Smoleńsk
Cisza i niedowierzanie - pierwsze wiadomości telefoniczne otrzymane w pociągu sprowokowały tylko szok, a później strach. Na pokładzie rozbitego samolotu znajdowała się polska delegacja z prezydentem Kaczyńskim na czele, lecąca oddać cześć ofiarom zbrodni katyńskiej. Była sobota rano, jechaliśmy akurat do Warszawy.
O wydarzeniach – Ola Wawrzyszczuk, Konrad Brynda:
Stare Miasto. Kilkadziesiąt lat temu leżały tu stosy cegieł naznaczonych krwią powstańców. Rocznica śmierci Jana Pawła II, przeddzień niedzieli Miłosierdzia Bożego, około godziny 10-tej. Przed Pałacem Prezydenckim zaczynają gromadzić się mieszkańcy Warszawy, pierwsze grupy dziennikarzy wysłuchują komunikatu Kancelarii Prezydenckiej. Powietrze ciężkie od szeptów pełnych niedowierzania. Naród polski stracił Prezydenta, stracił intelektualną elitę, której nigdy nie potrafił docenić. Polacy znowu zdecydowali się zjednoczyć. Kolejny raz potrzeba było wielkiej tragedii, by słowa "Bóg - Honor - Ojczyzna" przestały być martwą literą.
W południe czytaliśmy już pierwsze wydania specjalne lokalnych gazet ważniejszych polskich miast. Z przerażeniem zapoznawaliśmy się z listą ofiar. W naszych głowach echem odbijało się pytanie: jak mogło do tego dojść?
 |
"110656Z" – czyli w języku lotników: "sobota 11 kwietnia 2010, 08:56 polskiego czasu." Prezydencki samolot, z dziewięćdziesięcioma sześcioma osobami na pokładzie, podchodzi do lądowania. W gęstej mgle, podejście jest trudne. Samolot wykonuje kilka manewrów, zbliża się stabilnie, raptownie zahacza o jakiś obiekt. Gwałtowny ruch sterem, ale już za późno – wierzchołki drzew rozrywają metal na kawałki, płyną żywica i krew. Tu gdzie 70 lat temu metalowe kule roztrzaskiwały czaszki polskich oficerów, dziś znowu giną najwybitniejsi Polacy.
Polskiej załodze kilkakrotnie odmówiono lądowania w Smoleńsku; odsyłano ją na alternatywne lotniska – Moskwę lub Mińsk. Wbrew lub zgodnie z poleceniem wieży, samolot wykonał kilka okrążeń nad lotniskiem, być może kilka podejść. Przypuszczalnie do lądowania podchodził tylko raz, na lotnisko nie wyposażone w precyzyjny system naprowadzania ILS. Brak instrumentacji, jeden mały błąd… W tak ekstremalnych warunkach, o życiu i śmierci decydują sekundy. Przed oczyma pilota pojawił się nie pas, lecz las, a we mgle, lecąc z szybkością blisko trzystu kilometrów na godzinę na poprawki zabrakło czasu.
 |
W czasach kiedy stosunki pomiędzy Polską a Rosją są wciąż napięte, co do przyczyny katastrofy szybko pojawiają się różne pytania i spekulacje. W mediach zaraz zaczęto stawiać liczne hipotezy. Niektórzy podważają sprawność i przystosowanie samolotu ze względu na jego wiek i pochodzenie. Samolot był prosto po przeglądzie, z gwarancją na 7500 godzin lotu. Z relacji niektórych obserwujących wynika, że samolot leciał lotem kontrolowanym, dopiero wskutek utraty sterowności zaczął skręcać, odwrócił się grzbietem w dół. Świadkowie twierdzą, że widzieli samolot z odległości, kto inny oznajmia, że mgła była bardzo gęsta. Informacje ze źródeł meteorologicznych wskazują raz na widoczność 150, kiedy indziej 500 metrów. Ostatnie informacje wskazują na to, że ze względu na ilość paliwa i warunki, piloci ustalili z wieżą jednorazową próbę podejścia do lądowania – w przypadku niepowodzenia, lot do alternatywnego lotniska.
Czy przyczyną katastrofy mógł być błąd pilota? Dwóch wojskowych pilotów, każdy z wylatanymi kilkoma tysiącami godzin, przypuszczalnie nie podjęłoby niesłusznej decyzji o lądowaniu w Smoleńsku, a na pewno nie pod wpływem presji ze strony pasażerów ani nawet prezydenta. W kompetencje językowe pilotów raczej wątpić nie należy, należeli bowiem do ludzi doskonale wykształconych. Jak na razie, nie można wykluczyć katastrofy spowodowanej awarią, błędem pilota lub błędem wieży. Nie można też wykluczyć sabotażu lub celowo nieprawidłowych informacji meteorologicznych.
 |
W katastrofie zaginął wizerunek Matki Boskiej Katyńskiej, który miał zostać umieszczony w miejsce kopii w lesie katyńskim. Drewniana płaskorzeźba prawdopodobnie spłonęła w pożarze. Tym większe znaczenie ma więc fakt, że podczas przenoszenia szczątków samolotu do hangaru na lotnisku w Smoleńsku znaleziony został wieniec, który Lech Kaczyński miał złożyć na uroczystościach 70. rocznicy tragedii w Katyniu. Zielone gałązki, przepasane biało-czerwoną wstęgą z imieniem i nazwiskiem Prezydenta RP… Ironia losu sprawiła, że w praktycznie nienaruszonym stanie przetrwały katastrofę, stając się pierwszymi na grobie tych, którzy je przywieźli. Na jednym z forów internetowych padły słowa: "Zerwano jedną z ostatnich róż – zostały prawie same chwasty". Są jednak takie róże, których żaden ogień, żadna katastrofa nie jest w stanie zniszczyć…
Sobotni wieczór w dniu katastrofy upłynął na Starym Mieście w nastroju melancholii, w świetle palonych świec, aromacie ognia. Już nie ognia trawiącego kamienice latem 1944 roku, ale ognia będącego wyrazem obecności, pamięci. Bardziej wymowny od zniczy był portret Pana Prezydenta rysowany ręką dziecka, pozostawiony na kwiatach. Dorośli Polacy dostali lekcję patriotyzmu od najmłodszych, pozornie nic nie rozumiejących Polaków. Setki mieszkańców Warszawy, Harcerze, Wojsko Polskie, Policja, Straż Miejska byli skupieni w pobliżu Pałacu Prezydenckiego, a także Grobu Nieznanego Żołnierza. Można było pomyśleć, że coś w Polakach pęka, jakaś niewidzialna bariera, że otwierają się oczy. Jedna z oczekujących Polek, na słowa reportera telewizyjnego: "Przed Pałacem Prezydenckim zebrały się tłumy Polaków" odpowiedziała: "Nie jesteśmy tłumem. Każdy z nas przyszedł tu indywidualnie. Tłum może być na koncercie. Tłumem można dowolnie zarządzać."
 |
Ciało Prezydenta przetransportowano do Ojczyzny 11 kwietnia, ciało Marii Kaczyńskiej dwa dni później. 14 kwietnia na lotnisku Okęcie ciała kolejnych 30 ofiar przywitał premier Donald Tusk słowami: "Wróciliście do ojczyzny, wróciliście do swych bliskich. Dzisiaj wasi bliscy płaczą. Dzisiaj płacze cała ojczyzna. (…) Wróciliście okryci żalem, narodową żałobą. Wróciliście okryci chwałą". 15 kwietnia władze rosyjskie wydały następne 34 trumny z ciałami ofiar. Ulicami Warszawy przejechały kondukty żałobne. Stolica stała się ostatnim przystankiem w ich drodze do wieczności.
Katastrofa samolotu polskiej delegacji mająca miejsce w smoleńskim lesie jest tragedią całego narodu i świata. Połączone głosy ponad 20 tysięcy oficerów II Rzeczypospolitej oraz 96 przedstawicieli elity intelektualnej III Rzeczypospolitej wołają o pamięć, o prawdę, o pojednanie.
Cześć ich pamięci!