Wrześniowy Festiwal i koncert zespołu LOMBARD
O palmach, barankach i zajączku
Porucznik Francis Jan Jasiński
Niedziela 27 lutego 2011 roku, Martinez, Kalifornia
Polska Wigilia na krańcach świata
Pierwsza zbiórka. Ostatnia zbiórka.
Piątkowy wieczór najlepiej spędzić w ... Paryżu
Dlaczego chcę być już dziadkiem
Koniec długiej drogi i jeszcze jeden początek
Claude Monet i nie tylko (a nawet dużo więcej)
Spływ pontonowy 2010 - Magda Gosciscka
Spotkanie z lordem Boden Powellem
Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej
O kapryśnej pogodzie i przylatującym księdzu
Biało–czerwona nad San Francisco
Sobota 27 marca 2010 roku, godzina 12:32 po południu
Dwie i pół godziny z hakiem ...
35 rocznica powstania polskiej unii kredytowej Polam
"poezja to mówiące malarstwo, a malarstwo - milcząca poezja"
35-lecie harcerstwa przy Szkole Języka Polskiego imienia Jana Pawła II w północnej Kalifornii.
Daleko od kalifornijskiego miasta Concord, leży porzucona pośród pólnocno kazachstańskiego stepu wraz z jej około pięcioma tysiącami mieszkańców, wioska — Czkałowo; wokół kilka jeszcze innych małych wiosek i ogromna przestrzeń. Do najbliższego miasta trzeba jechać ponad dwie godziny samochodem. W tej to wiosce mieszka spora grupa Polaków, potomków zesłańców, skupionych na ogół wokół parafii rzymskokatolickiej, w której proboszczem jest polski ksiądz — Krzysztof Kuryłowicz. Ksiądz Kuryłowicz — jak pisze o nim przebywająca tam na badaniach Ewa Kurdaś - jest znakomitym animatorem kultury. Dokłada wszelkich starań, aby oferta Domu Kultury Polskiej była obszerna i żeby każdy mógł w niej znaleźć coś dla siebie. Na terenie placówki zorganizował już m.in. kurs języka angielskiego, kilka konferencji metodycznych, szkolenia z zakresu obsługi komputera, a także warsztaty polskich tańców ludowych. Odbywają się tu również spotkania z okazji polskich świąt, dyskoteki dla młodzieży. W jednym z pomieszczeń znajduje się także harcówka.
![]() |
To właśnie polskie harcerstwo zbliżyło nas do siebie. Harcerstwo w Kalifornii i Kazachstanie. Harcerstwo poza Polską. Poznaliśmy się na pamiętnym Zlocie "Szare Szeregi" w roku 2004 w Warszawie. Złączyła nas Polska, złączył mundur z tym samym krzyżem na piersi. Minęło już kilka lat. Nasza doroczna akcja Kazachstan zdążyła w tym czasie zatoczyć szerokie kręgi. Przyłączyła się do niej Polonia. Poparły harcerskie władze w Londynie. Zbieraliśmy pieniądze ze sprzedaży tomików poezji, wieczoru poetyckiego Zatoka Poezji, niedziel harcerskich. W sobotę o 12:32 po południu hufcowy, podharcmistrz Patrycjusz Grobelny w siedzibie uni kredytowej "Polam" przekazał na ręce na Pani Celiny Pituły i przesłał do tamtego kawałka Polski poza Polską około 465 tysięcy Tenge, czyli - trzy tysiące dolarów. Polam z główną siedzibą w Redwood City jak zwykle opłacił koszty przesyłki, zajął się jej dokonaniem. Nam pozostała ogromna satysfakcja i kolejne wyzwanie uzbierania znowu wspólnie odpowiedniej sumy, aby powtórzyć ją w roku przyszłym ... i następnym.
Trzeci punkt Prawa Harcerskiego nakazuje nam być pożytecznym i nieść pomoc bliźnim. Byłby tylko zbiorem nic nie znaczących liter, gdybyśmy nie wcielali go w życie. Dla nas jego wykonaniem jest właśnie pomoc polskiemu harcerstwu w Kazachstanie.
A oto co w ukazującym się tam "Głosie Polskim" napisał opiekun tamtego harcerstwa ks. Krzysztof Kuryłowicz:
"Stepowe Orły" obozują kolejny raz
Stepie szeroki, którego okiem — nawet sokolim — nie zmierzysz...
Kolejny, zwyczajny obóz harcerski, a jednak inny. Inni uczestnicy, bo niemal cała grupa obozowała pierwszy raz w życiu. Inne miejsce obozowania, mniej drzew, są za to jeziorka i ogrom wolnej przestrzeni.
Komendantem obozu, który odbył się pod wioską Nowogreczanówka w dniach 13 — 25 lipca 2009 roku, była Jana Dobrzańska — młodziutka, ale zdecydowana i przebojowa dziewczyna. Nie było jej łatwo, ale zdała egzamin na 5 (z minusem).
Trzeba było uczyć nowych niemal wszystkiego. Ustawianie namiotów, zabezpieczenie ich od deszczu dodatkowym tropikiem, wykonanie ogrodzenia całego terenu, postawienie bramy wejsciowej, budowa ołtarza polowego, miejsce na ognisko i wiele innych prac, które trzeba było wykonać szybko, sprawnie i solidnie — to tylko niektóre z zadań na początek. Kiedy po ustawieniu kuchni polowej i prysznica została wciągnięta flaga biało-czerwona na maszt, wszyscy odetchnęli. Rozpoczęło się życie obozowe. Zdążyliśmy rozbić namioty i pierwsze czarne chmury nadciągnęły. Niestety z deszczem przyszedł i wiatr, a to w stepie odczuwa się inaczej. Zerwało kilka zamocowań, nie wytrzymały odciągi przy dachu stołówki, ale dramatu nie było. Kiedy uczestnicy usłyszeli, że nie będzie obiadu, jeżeli nie naprawią stołówki, to wystarczyło pół godziny i wszystko działało. Kuchnia polowa bardzo pomogła przy gotowaniu wody w dużych ilościach, a ciepły prysznic jest rewelacją naszych obozów od dawna. Pod miejsce ogłoszeń i informacji została spleciona z linek wspaniała pajęczyna.
Pierwszy apel otwierający obóz i pierwsze zadania dla oddzielnych zastępów. Zaczęło sie normalne życie obozowe. Zastęp "Wilki" robi topografię terenu, "Nietoperze" sprawdzają pobliskie jeziorko, czy nadaje się do kąpieli, "Stokrotki" zajęły się kuchnią, a "Wiewiórki" porządkują magazyn i sprzątają teren obozowania. Zuchy "Orlęta" poszły na pierwszy wypad w teren — mają też zamiar zahaczyć o jeziorko. Taki był pierwszy dzień.
![]() |
Obozowy posiłek fot. uczestnicy obozu |
Dopiero wieczorem przywieziono wodę do prysznica i rozpaliliśmy kuchnię do podgrzewania wody. Po godzinie wszystko było gotowe. Kolacja nieco się opóźniła, ale nikt tego nawet nie zauważył. Wieczornego ogniska nie było — przyroda pokazała swoje prawa, spadł deszcz. Kolejne dni i kolejne zajęcia ukazywały nam obóz jako przyspieszoną szkolę życia. Dyżury w kuchni, nocne warty, całodzienne wyjścia, zawody sportowe i wiele innych zajęć umilało nam codzienność w obozie. Celem tegorocznego obozu było przyswojenie sobie przez uczestników elementarnej wiedzy (szczególnie praktycznej) z zakresu przetrwania w terenie. Tylko kilka nocy było spokojnych, gdyż zwykle jakiś zastęp był w trasie lub nocne gry niweczyły spokojny sen. Codzienna modlitwa całego obozu i Msza Święta pomagały nam nie zapomnieć i o duchowym rozwoju. Próba "Trzy pióra" była sprawdzeniem uczciwości i samozaparcia. Największym wyzwaniem okazała się jednak próba milczenia, która zdziesiątkowała uczestników.
![]() |
Podczas Mszy Świętej fot. uczestnicy obozu |
Kuchnia obsługiwana przez kolejne zastępy dbała o nasze siły. Jedzenie było wspaniałe. Może trochę brakowało owoców, ale w tym czasie na rynku niemal wszystkie owoce są zasilane chemicznie i to odstraszało nas od kupowania ich. Dzika przyroda była na wyciągnięcie ręki. Jeden z zastępów oswoił myszkę polną i w końcu obozu jadła im z ręki. Sokoły mieliśmy na terenie obozu cały czas, bo miały gniazdo na drzewie obok, pewnego dnia przywiozłem także harcerzom do obozu pięknego suslika, aby pokazać im go z bliska. Nie wiem, kto się bał bardziej: suslik nas czy zuchy suslika? Po chwili pozwoliliśmy mu uciec w szeroki step.
Obozujących było 39 osób. Dwie osoby wróciły wcześniej do domu, pozostali wytrwali do końca. Nagrody i wyróżnienia wszyscy otrzymali na apelu kończącym obóz, który odbył się już na terenie przykościelnym po powrocie do Czkałowa. Radości z otrzymanych nagród było wiele, a wspominanie obozowych zajęć rozpromieniało najbardziej posępnych.
Wdzięczni jesteśmy wszystkim, którzy pomogli nam przeżyć kolejny obóz i niezapopmniane chwile radości. Szczególnie dziekujemy braci harcerskiej z USA za pomoc finansową, (...) jak też "Wspólnocie Polskiej" z Warszawy. Miejsce obozowania zarośnie, plany terenu zżółkną, ale w naszej pamięci obóz pozostanie żywy na długo. Wielu nauczyło się trudnej sztuki przeżycia. Starsi dzielili się swoją wiedzą z nowymi. Wszyscy wrócili uśmiechnięci i bogatsi o jeszcze jedno doświadczenie.
CZUWAJ!
Ryszard Urbaniak, hm