Wrześniowy Festiwal i koncert zespołu LOMBARD
O palmach, barankach i zajączku
Porucznik Francis Jan Jasiński
Niedziela 27 lutego 2011 roku, Martinez, Kalifornia
Polska Wigilia na krańcach świata
Pierwsza zbiórka. Ostatnia zbiórka.
Piątkowy wieczór najlepiej spędzić w ... Paryżu
Dlaczego chcę być już dziadkiem
Koniec długiej drogi i jeszcze jeden początek
Claude Monet i nie tylko (a nawet dużo więcej)
Spływ pontonowy 2010 - Magda Gosciscka
Spotkanie z lordem Boden Powellem
Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej
O kapryśnej pogodzie i przylatującym księdzu
Biało–czerwona nad San Francisco
Sobota 27 marca 2010 roku, godzina 12:32 po południu
Dwie i pół godziny z hakiem ...
35 rocznica powstania polskiej unii kredytowej Polam
"poezja to mówiące malarstwo, a malarstwo - milcząca poezja"
35-lecie harcerstwa przy Szkole Języka Polskiego imienia Jana Pawła II w północnej Kalifornii.
Jadąc na jedno z najważniejszych harcerskich wydarzeń – ale o tym poniżej – wyjechaliśmy z druhnami Ireną i Iwoną z położonej po wschodniej stronie zatoki San Francisco, miejscowości Concord, do położonej na wysokości ośmiu tysięcy stóp nad poziomem morza górskiej miejscowości Tahoe Donner. Mierząc naszym zwyczajem odległości w czasie, powinniśmy tam się znaleźć po około dwóch i pół godzinach. Wliczając postój na zrobienie zakupów spożywczych dodaliśmy do tego małego - "haka", około pół godziny. Za oknem lśniły gwiazdy, na zewnątrz ciepłego samochodu hulał wiatr, a my staliśmy wraz z wieloma innymi w odległości około 15 mil od celu. Przed nami ginęła w mroku zamknięta z powodów pogodowych autostrada. Kiedy dotarliśmy w końcu szczęśliwie na miejsce, wybiła akurat dziesiąta godzina naszej podróży. "Hak" okazał się ogromny. Przed górskim domkiem czekała na nas już jedna z rodzin, której udało się przedostać tuż, przed zamknięciem drogi. Po nas zaczęli przybywać inni. Niektórzy, aż do czwartej nad ranem. W sumie około czterdziestu osób. Nie nie był to Zjazd, ani ważna narada. Jednym z najważniejszych harcerskich wydarzeń są harcerskie spotkania. Czasem jest to obóz, czasem zlot, złaz lub wędrówka. Tym razem był to nasz doroczny północnokalifornijski - Biwak Narciarski. Grubo po północy nakarmiona i ogrzana młodzież zasypaiała w swoich śpiworach; część na łóżkach, kanapach, większość – na podłodze.
Sobota następnego dnia, czyli trzynasty dzień marca 2010 roku, przywitała wszystkich o godzinie siódmej rano znanym hasłem – Pobudka. Po kręgu na przywitanie dnia, piętnaście minut później staliśmy opatuleni w kurtki pośród wschodzącego pięknie słońca. Zaczęły się robiona na śniegu gimnastyka: z pompkamina śniegu, pajacami, przysiadami i nieodłącznym bieganiem. Wszystko z uśmiechem na ustach. Śnieg jest bowiem dla nas rarytasem. Biwakowiczom smakowało wyśmienite śniadanie. O dziwiątej rano dowiezieni na stok przez rodziców, rozpoczęli dzień spotkania z przyrodą, białym puchem i samymi sobą. Gdy druhny Irena i Iwona gotowały w tym czasie dla wszystkich obiad myślałem, o tych ważnych wydarzeniach obierając trzeci już worek ziemniaków; i o młodzieży, i o naszym instruktorskim gronie; Magdzie, Patryku, Adamie, Arturze i jeszcze jednym Adamie, którzy wraz znami przyjechali tutaj aby opiekować się polską młodzieżą i dziećmi. Gdy w końcu zjechali ze stoku około piątej po południu, czekała na nich gorąca zupa i jak zwykle kapelan ośrodka Sacramento, ksiądz Mieczysław Maleszyk. Poczciwy nasz kapelan służy nam swoja pomocą od pięciu już lat, przyjeżdża na spływy pontonowe, biwaki narciarskie; jest dla nas zawsze. Także i tutaj odprawił w iście polowych warunkach jednego pokoju z kuchnią, piękną jak zwykle – Mszę Świętą. Gdy za jego plecami roznosił się zapach obiadu, On opowiadał nam o Bogu i jego miłości. Dziękujemy. Po mszy rozpoczęła się znana i innym - prawdziwa uczta: z pieczonymi kurczakami, zrazami, mizerią czyli wszystkim tym co tylko wybrani jedzą w swoich domach. Dzień zakończył się kominkiem i snem ukołysanym wspomnieniami.
Dzień następny byłby smutny, gdyby nie to, że większość spotka się już za tydzień w Los Angeles na naszym tradycyjnym Biwaku Przyjaźni wraz ze skautami z innych krajów. A ja, uczestnicząc tego dnia w odprawie Rady Chorągwi w Chicago, nie będę miał wątpliwości dla kogo Związek Harcerstwa Polskiego działający poza granicami kraju naprawdę istnieje.
CZUWAJ!
Druh Ryszard