30 października, w sobotę po polskiej szkole harcerze i harcerki udali się na wyprawę na Squaw Peak. Szliśmy około 1.2 mil w jedną stronę. Było dość gorąco, ale dało się przeżyć. Chłopcy pędzili do góry, a dziewczyny szły swoim tempem. Ciągle myśleliśmy, że to już koniec trasy, ale wciąż była następna góra.
Po godzinie, doszliśmy na szczyt. Widok był przepiękny. Było widać centrum Phoenix, domy i całą Arizonę. Jedliśmy cukierki, a Macio z Dominikiem zajadali kiełbasę. Druh Jacek i druh Szymon zadawali różne pytania o okolicy. Musieliśmy znaleźć północ, południe, wschód i zachód. Potem druhowie pytali się gdzie są jakie góry. Na końcu zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie. Droga w dół była o dużo łatwiejsza. Na dolę wsiedliśmy do aut i wykończeni pojechaliśmy do domu.
Paulina Joniec, harcerka
Jeśli ktoś z was myśli, że zbiórki harcerskie są nudne i nic ciekawego się na nich nie dzieje, niech kiedyś wybierze się na zbiórkę harcerską do Arizony. My tu nigdy się nie nudzimy, mało tego, nawet nie zdążymy pomyśleć o nudzie, bo nasi instruktorzy zawsze nam coś wymyślą. Wiecie co wymyślili tym razem ?
Chyba zakochali się w jednej z harcerskich piosenek - “ jak dobrze nam zdobywać góry", bo właśnie w minioną sobotę 30 października 2010 roku, postanowili sprawdzi nasze możliwości w górach. Tak więc zaraz po zajęciach w polskiej szkole, wpakowali nas do samochodów i po kilku minutach przed naszymi oczami wyrosła wcale nie taka mała górka - Squaw Peak w Phoenix. Stwierdziliśmy, że co tam dla nas taka góreczka no i z zapałem taternika, z wiarą we własne siły wkroczyliśmy na szlak. Szła nas spora gromadka: 4 harcerzy , 6 harcerek no i oczywiście nasi instruktorzy.
Na początku, szliśmy dość energicznie, pokonując coraz wyższe partie. W miarę jednak upływu czasu i drogi , siły nam już troszeczkę zaczęły opada. Harcerz ani harcerka jednak pod dawać się nie może, no i wreszcie - nie powiemy wam jednak po jakich trudach- stanęliśmy na szczycie naszej - na początku niepozornej - górki. Czuliśmy się tak, jakbyśmy stanęli na szczycie Mont Everest. Byliśmy wykończeni, ale widok jaki ujrzeliśmy ze szczytu pozwalał nam zapomnieć o bolących nogach i mokrej koszuli. Problem jednak był taki, że trzeba było z powrotem zejść na dół, a to już była wcale nie taka łatwa sprawa, bo nasze nogi zaczęły dawać się we znaki.
Pokonując jednak wszystkie trudności, licząc wszystkie kamienie na szlaku, uśmiechając się do przechodniów, udało nam się dotrzeć do samochodów. Tam już była słodka sielanka, bo można było położyć zmęczone nogi na podłodze i oprze ciężką głowę na ramieniu współpasażera.
Nie myślcie jednak, że jesteśmy takimi słabeuszami, wdrapaliśmy się na szczyt całkiem spory. Jeśli jednak nam nie wierzycie, przyjedźcie i przekonajcie się sami.
Póki co za 2 tygodnie następna zbiórka - ciekawe cóż tym razem będzie się działo.
Mamy nadzieję, że nie będą nas bolały ręce, bo nikt wtedy nic nie napisze.
Z harcerskim pozdrowieniem, za harcerki i harcercerzy z Ośrodka Harcerskiego w Phoenix.
CZUWAJ!
Małgorzta Krupczyńska, pwd.
![]() | zdjęcia: Jacek Joniec |