Pani Jadwiga Sulikowska
 |
Jestem Jadwiga z Wojciechowskich Sulikowska
Trudno jest opisać w kilku zdaniach o okrucieństwie Stalina i jego oprawców, które przeżyło masę Polaków deportowanych do Rosji. To był okrutny rok 1940, miasto Sanok. Miałam wtedy 5 lat. Walenie w drzwi o 4tej rano nas obudziło. Ojciec otworzył drzwi. Dwóch rosyjskich sołdatów i ich oficer, który wrzasnął: Jesteście aresztowani i macie 4 godziny na spakowanie się, bo jesteście na liście na wolną zsyłkę do Rosji.
Najpierw była rewizja i nie wolno nam było się ruszyć z miejsca przez parę godzin. Matka przerażona nie wiedziała od czego zacząć ma to pakowanie. Oficer poradził aby wzięła ciepłe rzeczy do ubrania i dużo jedzenia.
Popędzono nas na stację kolejową i tam wpakowali nas w wagony towarowe pełne węgla. Jechaliśmy 30 dni. W wagonach nad węglem były prycze, na których spaliśmy. Jeden maleńki piecyk, na którym kobiety gotowały wodę. Były z nami jeszcze 4 inne rodziny. Ubikacja to była dziura w podłodze. Pociąg szarpał niemiłosiernie, żelastwo zgrzytało przy doczepianiu i odczepianiu wagonów. Brak wody, jedzenia i higieny był nie do zniesienia. Czasami pociąg się zatrzymywał na "kipiatok". Ludzie wyskakiwali wtedy aby coś kupić do jedzenia. Mój najstarszy brat Jan tak właśnie został na jednej stacji, bo pociąg ruszył niespodziewanie wcześniej. Po trzech dniach jakoś dołączył i nas odnalazł.
Dotarliśmy w końcu na Ural do Swerłowskaja Oblast do kopalni rudy. Dwóch braci i siostra musieli pracować w kopalni a Ojciec został wysłany do lasów ścinać drzewa. Była bardzo ciężka zima w tym czasie. Dwóch braci nastolatków zabrali do szkoły i do roboty na kołchozie. Ja też zostałam zabrana do przedszkola. Rozpacz była ogromna, ale tam dzieci miały co jeść.
Mój pierwszy dzień w "dziet-sadzie" był bardzo ciekawy, nie rozumiałam dokładnie co ode mnie chcą. Pierwszego dnia dali mi śniadanie bardzo dobre 2 jajka, chleb i mleczko. Derewna moja nauczycielka była nawet miła. Ja się przeżegnałam przed śniadaniem i zaczęłam jeść. Derewna mnie pogłaskała i uśmiechnęła się do mnie, ale z drugiej strony pokoju była inna nauczycielka i zaraz podeszła do mnie i mówi: "Po co ty się żegnasz?" Ja mowie żeby podziękować Bogu za śniadanie, a ona na to: " Ty masz dziękować Baćko Stalin, bo on nam daje wszystko." Tak właśnie zaczęła się indoktrynacja. Po roku przyszła amnestia wiec uciekaliśmy po prostu z tego miejsca na zachód do polskich placówek gdzie tworzyło się wojsko.
Po wielu perypetiach dotarliśmy do Dzialabadu w Kazachstanie. Tam matka umarła na tyfus brzuszny. Mieliśmy małą lepiankę, mama leżała na jakichś starych kocach na ziemi. Żegnała się z nami zupełnie przytomna. Jak już umarła, mój ojciec wpadł w szał, zaczął strasznie szlochać. Do dziś dnia nie widziałam, aby mężczyzna tak strasznie rozpaczał za żona.
Matkę moja siostra zaszyła w prześcieradło, bo trumny nie było sposobu dostać. Tak została pochowana w górach w Kazachstanie. Z Dzalabadu udało się nam dostać do Teheranu. Z Teheranu ja z Ojcem wyjechaliśmy do Afryki do Todesji. Bracia i siostra wstąpili do polskiego wojska. W Afryce Ojciec dostał malarii i umarł. Miałam wtedy 8 lat. Zostałam sama w polskim obozie. Moją wtedy rodziną byli wszyscy. Muszę powiedzieć, że dbali o mnie i ja wszystkich kochałam.
W 1949 roku przyjechałam do Anglii do siostry. Tam zobaczyłam swoich braci, których nie poznałam, wszyscyśmy się popłakali. Z siostrą i jej mężem wyemigrowaliśmy do Argentyny. Tam byłam 12 lat, wyszłam za mąż za moją miłość Witolda, który też przeszedł przez rosyjskie piekło syberyjskie. W Argentynie urodziła się nam córeczka Elżbietka. W 1960 roku wreszcie przyjechaliśmy do Stanów. Potem urodziła się Joasia druga córka. Elżbietka dała mi śliczne wnuki Jasona i Adrianka, które kocham nad życie i dają mi dużo szczęścia.
Będąc całe życie na emigracji, ciągle czułam brak polskości i należenia do swego kraju i pochodzenia. Zabrano mi normalne życie, miłość rodziców i rodzeństwa. Mam nadzieję, że to jest ostatnia zbrodnia, którą popełniła Rosja i Niemcy w stosunku do nas Polaków.