Historia Wojny

Pani Alicja Szymkiewicz



    W roku 1940 cała wschodnia cześć Polski była pod okupacją sowiecką. Ciągle aresztowania, przeważnie mężczyzn. Rozbijali rodziny, nikt nie wiedział gdzie zabrano aresztowanych. Kobiety z rodzinami znalazły się w ciężkiej sytuacji bez pomocy męskiej, więc kiedy im powiedziano, że będą zabrane na spotkanie z uprzednio aresztowanymi, bez oporu i według rozkazów NKWD pakowały co można było unieść włącznie z prowiantami na długą podróż.

    Taki był oparty na kłamstwie początek dwuletniej niewoli kobiet, dzieci i starców, wywiezionych na Sybir i do Kazachstanu. Jest tam wiele polskich grobów. Moja 90 letnia prababcia zmarła po kilku miesiącach wygnania. Dzieci i młodzież przetrwały w dużej mierze dzięki swoim matkom, które sprytem i zaradnością, potrafiły ochronić rodziny od głodowej śmierci.

    Pamiętam dobrze szept mojego małego brata, który miał wtedy prawie 3 lata. "Ja nie chce zasnąć bo może Mamusia przyniesie coś do zjedzenia"

    Mamusia zawsze coś przyniosła, niestety nie dość żeby zaspokoić uczucie bolesnej pustki żołądka pozbawionego przez wiele dni odpowiedniej ilości pokarmu. Jedynym źródłem zdobywana posiłku były przywiezione z Polski ubrania, bielizna, skarpetki, nawet szalik lub chustka były bardzo pożądanym na zamianę towarem. Moja Mama miała duże zdolności krawieckie. Umiała kroić i szyć piękne sukienki, które bardzo się podobały miejscowym kobietom, i chętnie płaciły za prace prowiantem. Jednego dnia, doszła do nas wiadomość, że w osiągalnej piechotą odległości, istnieje sklep rządowy, w którym za złotą biżuterię można kupić wiele cennych towarów. Mama wzięła tam swoja złotą bransoletkę wymieniła ją na dużą paczkę herbaty. Herbata jest dla Kazachów wielkim przysmakiem. Uważają ją też za lekarstwo na ból głowy. Za pełna łyżkę herbaty można było dostać mąkę, mleko nawet jaja. Rozdzielając ją na sprzedaż po jednej łyżce za kilogram maki, przeżyliśmy wiele dni. Czasem zamiast mąki kupowaliśmy trochę opalu na ogrzanie naszej lepianki. Bransoletka Mamy karmiła nas przez długi czas.

    W lecie, Mama ja i mój 11 letni brat pracowaliśmy na sianokosach. Była to ciężka fizyczna praca. Nigdy nie mogliśmy wyrobić przepisanej "normy", wiec się nam nie należała płaca. Mogliśmy jednak, za własne pieniądze kupić chleb. To była duża pomoc. Nadchodząca druga zima napełniała nas strachem. Nasze przywiezione z Polski zapasy stopniały poprzedniej zimy. Do Bożego Narodzenia mieliśmy trochę maki i prosa, z którego Mama robiła gęsty kleik, ale Nowy Rok zapowiadał się bardzo beznadziejnie. Został nam tylko jeden duży nowy wełniany koc, który bardzo się Kazachom podobał, ale był zbyt drogi na ich finansowe możliwości. Jak zwykle Mama znalazła wyjście z sytuacji. Mama odcięła szeroki pas koca, wykroiła kształt podeszwy dziecinnego pantofla a potem dostosowała górna część ozdobnym ściegiem do podwójnej podeszwy. Pracując cały dzień mam uszyła 5 par pantofli w różnych rozmiarach. Przez noc padał śnieg. Zasypał drzwi do lepianki, ale wiatr ustał. W trójkę udało się nam odsunąć śnieg na tyle, że Mama mogła się przecisnąć na zewnątrz. Pomagaliśmy odkopywać ścieżkę do drogi, która była już ubita przez niosących od rzeki wodę. Wróciliśmy do lepianki i patrząc przez maleńkie okienko śledziliśmy drogę i pogodę. Po kilku godzinach zobaczyliśmy z daleka postać Mamy. Szła bardzo powoli i niosła coś na plecach. Pobiegliśmy odsypać lepiej zaśnieżone drzwi. Mama była już teraz blisko i chociaż widocznie bardzo zmęczona miała uśmiech na twarzy. Z koca nic nie zostało, ale sukces pantofli pomógł nam doczekać do wiosny.