Dziwnie jakoś wokół serca człowieczyna czuje,
Gdy listopad świstem wiatru chochoły maluje,
Myśli jakieś poszarpane, szamoczą się w skroniach,
O tych wszystkich, których uścisk, jeszcze czuję w dłoniach.
Przecież Boże! oni z Tobą szczęście odkrywają,
Dla nich przecież niebios bramy otworem czekają,
Jednak proszę Ciebie Panie, żebyś miał łask wiele,
Dla dusz wszystkich wymienionych w naszym tu, kościele.
Tamtej pani, co tak ciągle krzątała sie wokół,
Daj jej szcęście, a jej bliskim, ukojony spokój,
Przecież ona zasłużyła na nieba odchłanie,
Ja przepraszam, że przynaglam, Ty wiesz lepiej Panie.
A ten chłopak, co utonął w przeręblu zimowym,
W trumnie leżąc, mnie przeraził swym wyglądem płowym,
Gdy ujrzałam dwie monety, w oczy mu wciśnięte,
Młode serce zapłakało, żałem wskroś przejęte.
Boże! uchyl swoich niebios, dla straceńcow młodych,
Przecież oni, umierając nie mieli Twej zgody!
Zwykle była to głupota, bądź ludzka beztroska,
Inne plany dla nich miała, Twoja Wola Boska.
A to dziewcze, co samotnie w cichym grobie leży,
Powiadało o swym smutku, lecz nikt jej nie wierzył,
Proszę Boże, byś przygarnął wyklętą przez ludzi,
Niech matczysko w gorzkim bólu więcej się nie trudzi.
Cudze mary przemykają przez głowinę moją
że zachowam gdzieś głęboko, w sercu boleść swoją,
Byś się więcej nie frasował moimi modłami,
By starczyło Ci litości nad wszystkimi nami.
A więc Boże dzięki Tobie, za snu przebudzenie,
Może dzisiaj z Twą pomocą wiele w sobie zmienię,
I zaufam Twemu szczęściu dla bliskich umarłych,
I, że człowiek jest bez Ciebie, jak ten pyłek marny.
W czasie ciszy nieustannych, mych przemyśleń smętnych,
Wiatr, artysta rozszalały w wizjach niepojętych,
Przemalował “Milość Ojca" w “Ramiona Rozwarte",
Które tulą dziadki małe, grzeczne i uparte.
(Ala Jęczmień)